Śmierć i życie polskich miast cz.2 – czyli od modernizmu do chaosu

Śmierć i życie polskich miast cz.2 – czyli od modernizmu do chaosu

W rozmowach o jakości polskich miast często skupiamy się na pojedynczych problemach: korkach, betonozie, braku zieleni czy chaotycznej zabudowie. Tymczasem większość tych zjawisk nie jest przypadkowa — stanowią one efekt głębszych procesów historycznych i błędów systemowych w sposobie projektowania oraz rozwoju naszych miast. Aby zrozumieć, dlaczego współczesna przestrzeń miejska w Polsce wygląda tak, a nie inaczej, trzeba spojrzeć szerzej: na dziedzictwo urbanistyki PRL, transformację ustrojową lat 90. i niemal całkowite podporządkowanie rozwoju przestrzennego logice rynku. Dopiero w tym kontekście widać, skąd bierze się obecny chaos i dlaczego tak trudno go dziś naprawić.

Niestety, problem nie sprowadza się do pojedynczych błędów projektowych czy nietrafionych inwestycji. Jednym z głównych źródeł naszych trudności pozostaje odziedziczone po PRL podejście do tworzenia miasta — podejście, które jak na swoje czasy nie było najgorsze, lecz w dzisiejszych realiach okazało się problematyczne. Po upowszechnieniu samochodów i niemal całkowitym urynkowieniu budownictwa mieszkaniowego, w skali niespotykanej w krajach zachodnich, ujawniły się wszystkie jego słabości.

Brak spójnej myśli urbanistycznej, która potrafiłaby połączyć historyczne dziedzictwo z nowymi realiami społecznymi i gospodarczymi, doprowadził do katastrofy przestrzennej, której skutki będą obciążać nas przez pokolenia. Tak, tutaj niestety nie jestem optymistą 🙁

Aby zrozumieć, jak do tego doszło, warto cofnąć się do źródeł.

Powojenna urbanistyka PRL opierała się na zasadach modernizmu wypracowanych na Zachodzie. Jednym z głównych jego twórców był Le Corbusier — francuski architekt i urbanista, postać bez wątpienia wybitna, lecz zarazem skrajnie kontrowersyjna. Uważał on, że tradycyjne miasta są zbyt gęste, nieefektywne i niehigieniczne. W jego wizji należało je radykalnie przebudować, a nawet wyburzać ich historyczne centra, by stworzyć nowoczesne przestrzenie podporządkowane logice funkcjonalności. LE Corbusier był znany ze swojego egocentryzmu i socjopatii. CIekawe jaki to miało wpływ na promowane przez niego koncepcje miasta?

Modernizm zakładał kilka podstawowych zasad:

  • dużą ilość zieleni (i to jest akurat pozytywny wkład w urbanistykę),
  • rozdzielenie funkcji miasta (osobno mieszkanie, praca, handel i rekreacja),
  • przemieszczanie się pomiędzy nimi przede wszystkim samochodem.

W teorii była to wizja racjonalna i nowoczesna. W praktyce okazało się jednak, że model ten generuje liczne problemy.

Po pierwsze, jest niezwykle przestrzeniochłonny — wymaga ogromnych terenów, których w Europie zwyczajnie brakuje.
Po drugie, uzależnia codzienne życie od samochodu, generując hałas, zanieczyszczenia, korki i koszty infrastrukturalne.
Po trzecie wreszcie, osłabia więzi społeczne: ludzie potrzebują bliskości innych ludzi, spontanicznych spotkań i wspólnych przestrzeni. To właśnie potrzeba codziennej interakcji była jednym z podstawowych powodów, dla których miasta w ogóle powstały.

W Europie Zachodniej problemy te dostrzeżono stosunkowo szybko. Modernistyczne eksperymenty urbanistyczne zaczęły spotykać się z oporem społecznym, a ich ograniczenia były coraz lepiej rozpoznawane zarówno przez mieszkańców, jak i ekspertów. Na tym tle rozwinęły się alternatywne podejścia do projektowania miast, promowane m.in. przez Jan Gehl, który postulował tworzenie „miasta w ludzkiej skali” — bardziej zwartego, mieszanego funkcjonalnie i przyjaznego pieszym.

W Polsce jednak modernistyczny model utrzymał się znacznie dłużej. Nie dlatego, że nasi urbaniści byli mniej świadomi zachodnich debat, lecz dlatego, że realia społeczno-gospodarcze PRL częściowo maskowały jego wady.

Nie mieliśmy masowej motoryzacji, więc przestrzeń nie była jeszcze zdominowana przez samochody. Mieszkańcy korzystali głównie z transportu publicznego, który — mimo licznych niedostatków — stanowił podstawę mobilności. Również izolacja społeczna nie była odczuwana w takim stopniu jak na Zachodzie: ludzie mieszkali stabilnie przez wiele lat, często w sąsiedztwie koleżanek i kolegów z tego samego zakładu pracy, a życie społeczne miało bardziej lokalny i trwały charakter.

Ponadto państwo kontrolowało większość działalności gospodarczej, więc osiedla nie potrzebowały rozbudowanej tkanki usługowej ani aktywnych parterów. Wystarczały pawilony handlowe i podstawowa infrastruktura realizowana centralnie.

W tych warunkach modernistyczne osiedla mogły funkcjonować względnie poprawnie — choć ich wady istniały, były częściowo neutralizowane przez system społeczny i gospodarczy epoki.

Jednocześnie to właśnie wtedy ukształtowało się jedno z najtrwalszych dziedzictw polskiej urbanistyki: osiedle jako podstawowa jednostka organizacji miasta. Zastąpiło ono tradycyjny kwartał zabudowy, który przez stulecia stanowił podstawowy budulec miejskiej struktury. Nastąpiło to w tak skuteczny sposób, że wychodząc poza bańkę „tych, którzy zajmują się miastem”, spotykałem się z sytaucjami, że przeciętny mieszkaniec nie wie czym jest kwartał.

Prawdziwy kryzys rozpoczął się jednak dopiero po 1989 roku.

W latach 90. uznano, że rozwój miast można w dużej mierze pozostawić mechanizmom rynkowym. Planowanie przestrzenne osłabiono, narzędzia koordynacji urbanistycznej ograniczono, a odpowiedzialność za kształtowanie znacznej części przestrzeni de facto przeniesiono na prywatnych inwestorów.

Był to fundamentalny błąd.

Rynek jest skutecznym narzędziem alokacji wielu dóbr, ale nie zastępuje urbanistyki. Miasto to system naczyń połączonych, w którym pojedyncze racjonalne decyzje prywatnych podmiotów nie prowadzą automatycznie do racjonalnego efektu zbiorowego.

W efekcie zaczęliśmy budować przestrzeń nie według planu, lecz według dostępności działek i krótkoterminowej opłacalności inwestycji.

To doprowadziło do szeregu patologii:

  • zagęszczania zabudowy ponad rozsądne normy,
  • zaniku zieleni i przestrzeni wspólnych,
  • lokowania osiedli na terenach pozbawionych odpowiedniej infrastruktury,
  • rozpraszania zabudowy po dawnych polach i terenach poprzemysłowych,
  • przypadkowego rozmieszczania usług bez powiązania z ruchem pieszym i strukturą miasta.

W ten sposób odziedziczone po PRL osiedle zostało dodatkowo wynaturzone przez logikę maksymalizacji zysku. Zachowało swoją modernistyczną strukturę przestrzenną, ale utraciło nawet te elementy, które wcześniej częściowo łagodziły jej wady.

Jednocześnie po transformacji zniknęły społeczne mechanizmy kompensujące problemy modernizmu. Wzrosła mobilność mieszkańców, rozpadły się dawne wspólnoty zakładowe, ludzie zaczęli częściej zmieniać miejsce zamieszkania i pracy. To, co wcześniej maskowało izolacyjny charakter osiedli, przestało istnieć.

W rezultacie wszystkie słabości tej formy urbanistycznej ujawniły się z pełną mocą.

Co istotne, w powszechnej świadomości problemy te często błędnie przypisuje się samej transformacji gospodarczej czy zmianom kulturowym. Tymczasem ich źródłem jest również — a być może przede wszystkim — sposób, w jaki projektujemy i organizujemy przestrzeń.

Na tym chyba zakończę ten wpis.

To dobry moment, by na koniec przypomnieć o idei placemakingu — czyli świadomego tworzenia miejsc, które łączą ludzi i sprzyjają budowaniu wspólnoty. Mam wrażenie, że w Polsce bardzo tego dziś potrzebujemy, ponieważ gdzieś po drodze, wśród historycznych zawirowań i przestrzennego chaosu, zagubił nam się podstawowy sens istnienia miast — a szerzej: sens tworzenia ludzkich siedlisk – by być bliżej siebie: budować relacje, wymieniać idee, współpracować, prowadzić biznes, ale też tworzyć więzi bardziej osobiste i zwyczajnie lepiej funkcjonować jako społeczność.

Śmierć i życie polskich miast cz. 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót na górę