Manhattan, czyli miejsce i tożsamość

Manhattan, czyli miejsce i tożsamość

Manhattan. To miejsce odwiedziłem w 2019 roku i była to jedna z dwóch podróży, która między innymi doprowadziła do tego, że zacząłem zajmować się placemakingiem. Wpływ ten był jednak bardzo pośredni i nie od razu się ujawnił. Na Manhattanie mieszkała kiedyś Jane Jacobs autorka “Śmierć i życie wielkich miast ameryki”, książki która wywróciła urbanistykę i w ogóle myślenie o miastach do góry nogami. Przynajmniej tak się uważa, ja myślę, że raczej postawiła ją z powrotem na nogi. Na Manhattanie również mieszkał William H. Whyte, socjolog i urbanista, który analizował zachowania ludzi w przestrzeni publicznej i szukał co powoduje że w jednym miejscu przebywamy chętniej niż w innych. Z Manhattanu pochodzi również Fred Kent, który stworzył określenie “placemaking” i dał początek międzynarodowej sieci placemakerów do której sam należę. Wtedy jednak nic o tym jeszcze nie wiedziałem.

Jak opisać Manhattan? Jest duży i wysoki, wiele się tam dzieje, tworzy go ogromną ilość mniejszych miejsc każde o innym charakterze i budzącym inne emocje. Właściwie żeby Manhattan dobrze opisać to potrzeba rozmiarów książki, a nie artykułu. Przede wszystkim ma on swoją tożsamość, którą widać i czuć. Ta tożsamość została ukształtowana i dalej jest tworzona przez ludzi, którzy tam mieszkają na dłużej albo tylko przez chwilę. Między innymi przez wspomnianych przeze mnie Jacobs, Whyte czy Kenta ale przede wszystkim przez całą masę często anonimowych indywidualności.

Powyższe zdjęcie zrobiłem gdy wieczorem spacerując jedną z ulic podniosłem aparat nad głowę i nacisnąłem spust migawki. To co na nim widać jest dla Manhattanu bardzo charakterystyczne. Rzeka ludzi. Manhattan jest pełen ludzi, to wręcz jeden z elementów jego tożsamości. Czasem mnie to przytłaczało ale jednocześnie dodawało energii. Ta masa ludzi generuje ogromną liczbę różnych aktywności. To fascynujące ile i jak różnorodnych rzeczy tam się dzieje. Od wielkiego biznesu w okolicach Wall Street czy sztukę na Broadwayu przez sztuczne lodowisko czynne cały rok pod Rockefeller Center po pikniki w Central Parku. To jest samonapędzający się mechanizm, taka liczba aktywności powoduje, że wszystko wydaje się możliwe a to z kolei generuję kolejne działania i przyciąga kolejnych ludzi.

Nie zobaczyłem całego Manhattanu, to jest niemożliwe w ciągu tygodnia.. Jak turysta skupiłem się na tych najbardziej popularnych okolicach dolnego i środkowego Manhattanu. Widziałem i doświadczałem więc takich miejsc jak Times Square, Rockefeller Center, Broadway szczególnie tej części z uspokojonym ruchem między Time Square a 33 ulicą, czy Empire State Building. To co zwróciło moją uwagę podczas wędrówek ulicami Manhattanu to “swobodne” krzesła i stoliki, które nie należą do żadnego lokalu, ustawione na przykład na Broadwayu, skwerach i w parkach gdzie każdy mógł usiąść sam lub z grupą znajomych, odpocząć, porozmawiać lub zjeść lunch.

Dotarłem też do takich miejsc jak Most Brookliński, Chinatown, Wall Street i Memoriał 11/9. To ostatnie miejsce dobrze zapamiętałam, zdecydowanie wzbudziło emocje – szum wody spływającej w “otchłań”, nazwiska ofiar wyryte w marmurze wokół sadzawek-pomników i białe róże wkładane we wpis upamiętniający te osoby które które danego dnia świętowałyby początek kolejnego roku życia, gdyby nie zginęły 11 września… Gdy to piszę znowu czuje smutek. To miejsce dobrze upamiętnia tamtą tragedie.

Zwiedzanie Manhattanu zakończyłem pobytem w Central Parku. To Park rozmiarów dzielnicy więc choć spędziłem tam kilka godzin zobaczyłem zaledwie jego kawałek, ten od strony południowej do wysokości tarasu i fontanny Bethesda. Miejsce to wystąpiło w tylu filmach, że nawet jeśli nie byliście w Nowym Jorku to pewnie je znasz. Jak cały Manhattan, Central Park jest pełen ludzi, ale jednocześnie to dobre miejsce do relaksu. Daje poczucie oddechu w tym zatłoczonym mieście.

Zmiany na Broadwayu -uspokojenie ruchu, więcej przestrzeni dla ludzi (zdjęcie wyżej) wprowadziła Jannete Sadik-Kahn, wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Nie znałem książki “Walka o Ulice” a już mi się podobały 🙂

Manhattan nie jest miejscem idealnym, ma swoje ciemne strony jak kwestie związane z bezpieczeństwem, bezdomnością, bywa też zdecydowanie zbyt głośny, przeciążający zmysły innymi słowy męczący.  Jednak jego unikalna tożsamość powoduje, że jest wart tego żeby go doświadczyć. To co mi zostało po moich wędrówkach po tym miejscu to poczucie wolności, sprawczości, że mogę być sobą. No i dzisiaj zajmuje się placemakingiem… Wracając jednak do Manhattanu. Jak to się stało że takie miejsce powstało? Kwestia lokalizacji? Magia tej okolicy? Ja bym odpowiedział że stworzyła go unikalna kombinacja osobowości, która w tym miejscu, na Manhattanie oraz wokół niego była i jest dalej. Miejsce nie istnieje bez ludzi, to ludzie tworzą dane miejsce. To według mnie jest pierwsze prawo placemakingu.

Manhattan opuściłem zainspirowany. Uważam go za miejsce niepowtarzalne i przede wszystkim jako dzielnica tworzy miejsce, a nie tylko przestrzeń zapełnioną budynkami. Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. Nie wiem jak mieszka się w nim na dłużej, gdyż spędziłem tam tylko tydzień, ale uważam że warto go doświadczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót na górę